Ladakh.. czyli nie Indie w Indiach

Ladakh zwany Małym Tybetem to kraina w północnych Indiach wciśnięta między Kaszmir i Tybet, między Himalaje i Karakorum. Wydawać by się mogło, że trudno się tam dostać, hmm.. i tak i nie. Z Delhi, jest połączenie lotnicze do Leh czyli stolicy regionu położonej na wysokości 3500 m. n.p.m, lot chyba trwa 1,5h. To opcja zdecydowanie dla turystów wygodnych lub ograniczonych czasowo. By poczuć, jak bardzo Ladakh jest odizolowany i niedostępny trzeba udać się tam lądem czy to od strony Kaszmiru czy z Manali czyli górskiego miasteczka położonego 485 km od Leh. Te kilkaset kilometrów z Manali to dwa dni drogi, pokonuje się cztery przełęcze z których najwyższa, Tanlang ma ponad 5300 m n.p.m. Droga jest cholernie piękna ale i też niebezpieczna. Niektórym choroba wysokościowa na tyle daje się we znaki, że są wręcz zobojętnieni na to co dzieje się za oknem samochodu, mam na myśli zaróno widoki, jak i brawurę kierowców którzy czasem dla żartu podjeżdzają do krawędzi by Ci pokazać jak jest wysoko :-) Od zachodu, do Leh można dojechać ze Srinagaru, letniej stolicy Kaszmiru. Jeepem drogę tą pokonuje się w jeden dzień, autobusem dwa dni.

Z faktów to tyle, Ladakhu nie trzeba reklamować, swoim pięknem doskonale broni się sam. Bez wątpienia trzeba zobaczyć jezioro Pangong, Tso Moriri i Dolinę Nubry. Na klasztory buddyjskie chcąc nie chcąc będziecie trafiać cały czas, co chwilę wyłaniać się będą jakieś dosłownie wkute w górę lub malowniczo po niej „spływające” budynki klasztorne.

Zdjęcie powyżej: W drodze nad jezioro Pangong, poniżej: Dolina Nubry

Zdjęcie powyżej: Dolina Nubry, Ladakh

Zdjęcie powyżej:

Zdjęcie powyżej: Ulewa nad jeziorem Tso Moriri

Zdjęcie powyżej:

Zdjęcie powyżej: Widok na Stok Kangri (6153 m n.p.m.)

Zdjęcie powyżej: Radość przed spotkaniem z Lamą ;-)

Zdjęcie powyżej:

Zdjęcie powyżej:

Zdjęcie powyżej:

Zdjęcie powyżej: Jezioro Pangong Tso

Zdjęcie powyżej:

Zdjęcie powyżej:

Przejdź do Galerii Ladakh

 

A oto krótki filmik finałowy z naszego pokazu pt.”Ladakh i Kaszmir czyli… nie Indie w Indiach”

Głosuj na mój blog